31 stycznia 2007

jutro idziemy online więc dzisiaj ostatni dzień poprawek.
powinno być nerwowo i pospiesznie.
a jest spokojnie i leniwie.
czekam więc aż wszystko się spektakularnie zawali.
tak na kwadrans przed północą.

29 stycznia 2007

na dwa dni przed lunchem strony okazało się, że materiały nam dostarczone nie posiadaja znakow diakrytycznych. co za tym idzie wymagaja ponownego wprowadzenia do systemu.
wdech, wydech.

25 stycznia 2007

ostatnie dwa dni internet pojawia nam się i znika.
jest to dość uciążliwe, w szczególności jeśli pracujesz online, przez pół godziny wgrywasz coś a kiedy klikasz na submit wszysto znika.
nie, nie da się sejwować po drodze. nie wszystkie systemy zostały zaprojektowane przez ludzi inteligentnych (czyli takich, którym internet wywala co 10 minut).

pracuję obecnie nad nowym systemem cms. niestety, nie został zaprojektowany przez nas a przez inna, wybrana przez klienta firme. i teraz ja sie mecze wgrywajac content w systemie, ktory mi co chwila pada.
mamy jeszcze 5 dni do uruchomienia serwisu.

22 stycznia 2007

w sobotę udało mi się znaleźć księgarnię, w której dział z książkami angielskimi sam w sobie mógłby stanowić porządnych rozmiarów księgarnię. niech się empik schowa. nie wspominam o cenach, które są na poziomie cen amazonowych. bez kosztów przesyłki.

niedzielę spędziłam iście po emerycku.
opatulona w kremowy kocyk, z książką, na leżaczku na zalanym słońcem balkonie.
nie powiem, żebym miała coś przeciw.

19 stycznia 2007

wizytę u lekarza przeżyłam, udało mi się coprawda pojechać jedną z oszukańczych taksówek (superszans zamiast supertrans, w pospiechu latwo sie pomylic), ale bylo blisko wiec tragedii nie bylo (niektore z korporacji potrafia brac 5 leva zamiast 50 stotinek za kilometr).

klinika jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. standard zachodnioeuropejski. ceny ze 3 razy nizsze niz w polsce.

17 stycznia 2007

rozpoczęłam próbę samodzielnego zapisania się do bułgarskiego lekarza.
na początek testuję naturalny środek komunikacji.
znaczy email.

update:
zdaje sie, ze sie udalo.
mam wizyte w czwartek.
teraz na pewno zapomne.
ewentualnie pomyle adres.
i znajda mnie po tygodniu.
na sofijskim wysypisku, na ktorym konczy sie miejsce nawet na smieci.

10 stycznia 2007

jeden z pracowych kolegów zaciągnął mnie wczoraj na koncert theodosii spassova.
coś genialnego i niemożliwego do opisania.

08 stycznia 2007

pewnie nie słyszeliście, ale za 10 dni na sofijskim wysypisku śmieci skończy się miejsce i the capital would face a garbage crisis again.

05 stycznia 2007

zostawienie trzech mężczyzn samych na dwa tygodnie to zdecydowanie zły pomysł.
w szczególności jeśli tuż przed świętami odeszła sprzątaczka.
pierwszą noc po powrocie do sofii spędziłam... odkurzając piekarnik.
kuchnia wyglądała jakby eksplodowało w niej dwa kilo herbaty.
to nie herbata, to czubrica usłyszałam.
jasne, głupia ja.

02 stycznia 2007

witamy w unii europejskiej.
bardzo żałuję, że mnie tu nie było.
kiedy pierwszy raz przyleciałam do bułgarii, jeszcze przed wakacjami, na jednych z pierwszych spacerów po mieście, zrobiłam to zdjęcie.



muszę się przejść sprawdzić czy zegar dalej wisi.